|
Ballada o pijanym księżycu |
|
|
|
Razu pewnego, w pochmurną noc Do knajpy "Pod Ogródkiem", Wtoczył się księżyc i krzyknął w głos: "Hej, barman, daj mi wódki !" Cisza zapadła - jak nagła śmierć Zamknęła usta wszystkim. Księżyc wychylił kolejną ćwierć, Zawołał : "Chłopcze, whisky !"
Twarze pijackie zakrywał dym Opary taniej wódki, Lepkie kieliszki i zapach szczyn W kawiarni "Pod Ogródkiem".
Znowu brzęk kufli i rozmów gwar, Gdy księżyc sączył whisky. Ktoś na gitarze Brasensa grał, Aż uszy spuchły wszystkim. Księżyc się krztusił, dygotał, bladł I malał z każdym łykiem. W końcu ze stołka przy barze spadł I leżał pod stolikiem.
Wziąłem go tkliwie do obu rąk, Był mały jak kieliszek. Wlałem do pełna, aż zimne szkło Błysnęło w mrocznej ciszy. Ciemność uciekła, pobladły świat Odetchnął wraz ze świtem. Księżyc, jak echo minionych lat, Majaczył pod sufitem.
Twarze pochłonął gryzący dym Ocean taniej wódki. Dźwięczy w butelkach ostatni rym, W kawiarni "pod ogródkiem". |